Archiwum 03 października 2004


paź 03 2004 0.5 miesiaca z zycia Jarka -> :D :] :* :O...
Komentarze: 6

Jak pol miesiaca moze zamieszac w zyciu 18latka?? Oj moze i to bardzo. Bo moze tak zakrecic, ze az trudno potem sie rozkrecic, bo np. ja taki zakrecony teraz jestem, ze sam nie wiem co to bedzie.

Zaczelo sie od Love Parade w Gorze [17 IX]. Brakowalo mi Jej towarzystwa, wystawilem sie na probe i wytrzymalem pol miesiaca i zdechlem: 'Zapraszam Cie na p**o' 'Ok, to idziemy'. No i polazlismy na parade techno, ale jeszcze przedtem na jedno jasne pelne, tak na rozgrzewke. Rozwalilismy sie na gorce i zaczelismy nawijac o nowosciach, o pierwszej polowie wrzesnia, o szkole, o tym i o tamtym, o roznistych pierdolach. Nie widzac nawet, ze piwo skonczylo sie tak szybko, poszlismy do Broka na kolejne piwo. Rozmowom nie bylo konca, po prostu wtedy poczulem jak bardzo sie za Nia stesknilem... Zaczelismy, pfff jak to brzmi, 'powrocilismy' do starego rozkladu jazdy: spotkania, GG, po prostu My w pelnej okazalosci. A potem byl Wroclaw, miejsce naszej wspolnej wycieczki [chetnych zapraszam do archiwum], bylo cudnie - ale dopiero po wycieczce: pozycja 'na dziadka' - i bynajmniej nie jest to nowa pozycja w podreczniku Kamasutry, ale cos rownie przyjemnego. Pamietacie ze swojego dziecinstwa zbieranie kasztanow, oblupywanie ich z zielonych skorupek i ladowanie ich po kieszaniach i torbach?? Ja to sobie przypomnialem, wlasnie z Nia, poczulem sie jak dzieciak, ktory z taka zapalczywoscia i zachlannoscia lookal tych 'brazowych ludzikow', ze az milo... Przeciez sam bym nie poszedl do lasu i zbieral kasztanow, ale z Nia to przeciez co innego, cos pieknego. I to byla niedziela - 26 IX. Bylo cudownie. A potem byl tydzien w szkole, gdzie nie jest nam dane czesto sie widywac, ale mimo to - warto wstac rano tylko po to, by wymienic wieloznaczne usmiechy, bo my nie potrzebujemy slow, naprawde... 30 IX - gdyby nie Ona, to zapomnialbym nawet o swoim swiecie, ba, gdyby nie Ona - to bylby tylko zwykly dzien, z tym wyjatkiem, ze dziewczyny z klasy byly dla nas milsze. Ale Ona pamietala, nawet czwartkowy angielski minal jakos szybko, nadzwyczajnie szybko - ale to przeciez oczywista sprawa. Od tamtego dnia, w moim pokoju jest jeszcze jasniej, na biurku mam juz dwa swiatelka - jedno to zwyczajna lampa, a drugie to nasze wspolne zdjecie i mimo, ze wyszedlem jak wyszedlem, to i tak jest cudowne. Najpiekniejszy Dzien Chlopca w moim zyciu. Sobota - szkolny festyn, mecz siatki, woda, bar, Ona. Swoista powtorka z rozrywki, nasze miejsce nad rzeka, tylko nasze miejsce, My. Szczerosc, bol, ukojenie, ulga, radosc. Nas juz nic nie moze rozdzielic, nawet to, co od Niej uslyszalem tego dnia... Moze i jestem zbyt wyrozumialy, ale nie obchodzi mnie to, dla Niej jestem inny, lepszy, bo dla Niej warto i mimo, ze czasem boli. I niewazni sa inni, nie ma innych. Najtwardsza skala na ziemi, najtrwalsza wiez - to My, bo My na zawsze razem. I mimo ze pojawila sie nutka zwatpienia, nutka smutku, to ja wiem, ze to minie, ze z czasem o tym zapomne, przeciez juz tyle przeszedlem. Zawiedzony, rozczarowny, ale do czasu - ja to wiem, ze jeszcze bedzie przepieknie, bo jestes, bo jestesmy...

*hades* : :